Wszystkie te określenia słyszymy w stosunku do pracowników ochrony. Czy słusznie wrzucamy ich do jednego worka?

Pamiętam, gdy mój nieżyjący już dziadek pracował w jednej z miejscowych firm, pilnując by nikt nic nie ukradł. Były to czasy tzw. tamtej Polski.

Nie było wtedy jeszcze agencji ochrony ale jego zadania polegały na tym samym, czym dziś zajmują się pracownicy ochrony. Wtedy stanowisko to nazywało się zwyczajnie portierem czy też dozorcą.

Przyszedł czas transformacji ustrojowej, pierwsza Ustawa o ochronie osób i mienia. I nagle wszyscy stali się ochroniarzami. Nie ważne, czy są to ludzie, którzy otwierają furtkę, obserwują monitoring, konwojują wartości pieniężne czy są ogniwem patrolowo-interwencyjnym czyli popularnie zwaną Interwencją. Wszyscy, jak jeden mąż są OCHRONĄ. A dlaczego? Dlatego, że ustawa najzwyczajniej w świecie na to pozwala.

I tak ni stąd ni z owąd wszyscy lądują w jednym worku. Tym bardziej, że do otwarcia szlabanu, pracy na parkingu, czy ochrony fizycznej np. w marketach, często są brani ludzie z łapanki. Nie mający żadnych kwalifikacji bo… tego się od nich nie wymaga. Tym sposobem możemy dostrzec w większości emerytów czy inwalidów.

Ustawa, pracownika ochrony definiuje jako

„…osobę wpisaną na listę kwalifikowanych pracowników ochrony fizycznej lub kwalifikowanych pracowników zabezpieczenia technicznego, i wykonującą zadania ochrony w ramach wewnętrznej służby ochrony albo na rzecz przedsiębiorcy, który uzyskał koncesję na prowadzenie działalności gospodarczej w zakresie usług ochrony osób imienia, lub osobę wykonującą zadania ochrony, w zakresie niewymagającym wpisu na te listy, na rzecz przedsiębiorcy, który uzyskał koncesję na prowadzenie działalności gospodarczej w zakresie usług ochrony osób i mienia…”

Ładnych kilka lat wstecz bycie ochroniarzem było na topie. Często byli nimi tzw. karki, ludzie o nie do końca jasnej przeszłości. Wtedy jednak nikt tym ludziom nie śmiał podskoczyć. Wzbudzali niejako respekt.

Dziś czasy się zmieniły. W dobie wszechobecnych przedsiębiorstw trudniących się ochroną, posiadających status Zakładu Pracy Chronionej, bazujących głównie na inwalidach i emerytach, ochroniarz jest zwykłym cieciem. Wystarczy przecież taką osobę ubrać w uniform z napisem OCHRONA i już mamy gotowca. Tyle, że często są to osoby zwyczajnie nienadające się do tej pracy.

Oczywiście nie mam nic przeciwko zatrudnianiu osób niepełnosprawnych ale w pracy, która nie zagraża ich lub innych bezpieczeństwu. Niech są parkingowymi czy operatorami monitoringu, dozorcami… Niejednokrotnie jednak ludzie z widoczną niepełnosprawnością czy ułomnością stanowią trzon grup interwencyjnych, pracujących z bronią. Niestety, na to jest przyzwolenie i dopóki ktoś z góry nie pójdzie po rozum do głowy i nie zabroni takich praktyk, dopóty nic się nie zmieni.

Nasuwa się pytanie czy pracowników niekwalifikowanych – emerytów, niepełnosprawnych, powinno się zatrudniać w marketach? Nie ma tygodnia, by nie usłyszeć, że pracownik ochrony został pobity czy tez nie zdołał ująć złodzieja. Jest to temat rzeka i każda ze stron będzie miała swoje zdanie. Trzeba pamiętać, że ochrona a ochrona to dwie różne kwestie. Dopóki rządzi prawo najniższej stawki nic prawdopodobnie się nie zmieni.

Niestety najczęściej społeczeństwo ma styczność właśnie z ochroniarzami zatrudnionymi w marketach czy centrach handlowych. Stare powiedzenie mówi jak Cię widzą tak Cię piszą… i tym sposobem wszyscy stają się cieciami.

Co jednak z tymi, którzy podnoszą swoje kwalifikacje i chcą się rozwijać? Z ludźmi ryzykującymi często zdrowie i życie wykonując zadania konwojentów mienia i wartości pieniężnych, pracowników grup interwencyjnych wysyłanych w pierwszym rzucie do sprawdzenia obiektów czy tez bójek w lokalach?

Czas chyba uświadomić sobie, że nie każdy ochroniarz jest cieciem i nie każdy cieć jest ochroniarzem. Tyle możemy zrobić sami, niejako mentalnie. Reszta należy do rządzących.

 

Mateusz Figlak